niedziela, 7 października 2012

Wrzesień 1939... obrazoburcze rozważania alternatywne

Kupiłem sobie niedawno książkę, która zafascynowała mnie tak bardzo, że nie mogę oderwać się od niej od kilku tygodni, myśląc i analizując wciąż na nowo zawarte w niej argumenty...

Ta książka, to "Pakt Ribbentrop - Beck" pana Piotra Zychowicza, traktująca o sytuacji Polski w ostatnich przedwojennych latach 1935-1939. O zgrozo (sic!), autor przekonuje nas, że naszym narodowym interesem, racją stanu i racją przetrwania narodu było... ułożenie się z Hitlerem i pójście z nim na Moskwę jako sojusznik, roztaczają przed nami hipotetyczną analizę takiego wariantu historii...
Jakkolwiek rozumiem, że w większości Polskich serc "krew się burzy" na myśl o w/w scenariuszu, pozwólcie, że przytoczę tylko kilka argumentów autora. Nadmieniam, że aby naprawdę polemizować w sposób rzetelny z w/w tezą, należy przeczytać rzeczoną książkę... do czego bardzo zachęcam wszystkich, którzy mają otwarty umysł, nie boją się wyzwań intelektualnych i kontrowersyjnych tez.

A więc po pierwsze
Wyobraźmy sobie, że podpisujemy pakt z Hitlerem w 1939 roku. Nie ma września, zniszczonych miast, mordowanych tysięcy polskich rodzin, nie ma holokaustu polskiej inteligencji, nie ma inwazji sowieckiej, nie ma Katynia, nie ma przetaczającej się przez nasz kraj jak walec, wyniszczającej naród nawałnicy nazistowskiej... Mamy za to kolejne dwa lata na modernizację armii (modernizacje rozpoczętą w 1937 roku przez rząd i mającą trwać 4 lata w założeniu), mamy szansę zniszczyć komunizm! (atak wojsk polskich i niemieckich nastąpiłby 200 km bliżej Moskwy, a przypominam, że wojska niemieckie zatrzymały się 17 km od Moskwy...). Wyobraźmy sobie, że idziemy z Niemcami na sowiety i w/g wszelkiego prawdopodobieństwa, udaje nam się pokonać Rosję Sowiecką... a po kilku latach (pewnie bliżej 1950), gdy alianci lądują w Normandii, zmieniamy sojusze i atakujemy Hitlera od wschodu...
Tyle krótkiego opisu i małej gimnastyki umysłowej typu "co by było gdyby"...

A teraz kilka kontr-argumentów, które mogą się pojawić:

1) Pakt z Hitlerem, tym zbrodniarzem?! Nigdy!
Po pierwsze, w 1939 roku Hitler jeszcze nie był zbrodniarzem. Podpisując z nim pakt, mielibyśmy wpływ na to co miałby mieć miejsce na ziemiach Polski - nie byłoby zapewne Oświęcimskiego obozu... A po drugie: dlaczego paktowanie z Hitlerem miałoby być większą zbrodnią niż paktowanie z jeszcze większym zbrodniarzem jakim bym Stalin? Innym państwom jakoś to nie przeszkadzało - podpisali pakt z Hitlerem (Rumunia, Węgry, Słowacja, Włochy) i jakoś dziś nikt im tego nie wypomina! A co z paktowaniem innych krajów (USA, Anglia..) ze Stalinem? Ze Stalinem to ok, a z Hitlerem to "be"? Coś mi to pachnie podwójną moralnością...
I w końcu, czy paktowanie z Hitlerem jest czymś gorszym niż zagłada narodu i oddanie go na 60 lat w niewolę? Śmiem wątpić...

2) Hitler by nas zniewolił i odebrał suwerenność...
A przepraszam, co się stało w wyniku naszego oporu? Czy nie utraciliśmy suwerenności? I to na o wiele, wiele gorszych warunkach niż Węgry czy Rumunia (które przecież zachowały względną swobodę mając pakt z Hitlerem)? I czy hekatomba narodowa, zniszczenie kraju, wymordowanie części narodu, której doświadczyliśmy była tego warta? Śmiem wątpić...

3) Ustąpilibyśmy ale utracilibyśmy honor... utracilibyśmy Gdańsk...
No tak, honor. Już pomijając fakt, że ani Francja ani Anglia nie kierowały się nigdy chyba honorem, tylko bezwzględną, zimną kalkulacją, jak pokazują niezliczone fakty. Na rękę im oczywiście było abyśmy to MY się bili, a oni w tym czasie będą przeczekiwać, aż Niemcy się wykrwawią. Oba kraje "sojusznicze" nie ruszyły palcem w naszej obronie w 1939 roku i zdradziły nas haniebnie po wojnie oddając w łapy łajdaka ze wschodu.
Honor. Nasz minister J. Beck tak pięknie mówił o honorze w maju 1939 roku. A ja bym chciał, aby stanął przed tymi milionami Polaków, milionami rodzin, które zginęły w wojnie, przed tysiącami, które przeżyły niewyobrażalny koszmar wojny, aby spojrzał na nasze zniszczone miasta, drogi, zniszczoną gospodarkę, zniszczenia kraju który został cofnięty w rozwoju o dziesięciolecia, a potem powtórzył patrząc nam Polakom w oczy: "tak to było warte waszej ofiary"...
A co do Gdańska: czy Państwo wiedzą, że 80% ludności Gdańska w 1939 roku była niemiecka, że Gdańsk był na wskroś niemiecki a naziści wygraliby w cuglach KAŻDE demokratyczne wybory?! Gdańsk był obszarem de facto nie należącym do Polski (stąd projekt "Gdynia" - wielki sukces Polski!!), tylko pod Polskim nadzorem, a więc walczyliśmy o coś co i tak nie było nasze!!! A każde demokratyczne referendum oddałoby Gdańsk Niemcom tak czy inaczej... Chyba że zbuntowalibyśmy się przeciw demokracji...

4) Bylibyśmy współwinni zbrodni, z plamą na historii kraju...
Niekoniecznie. Powtórzę: Węgry, Rumunia, już nie mówiąc o Włoszech, którzy poszli za Hitlerem maja się dziś lepiej niż my...  Zarówno Węgry jak i Rumunia zachowały dużą swobodę, względną niezależność (oczywiście dyktowano im wiele, ale miały swój rząd i np. nie wydawali obywateli pochodzenia żydowskiego Niemcom...)
I tylko pomyślcie: mogliśmy przyczynić się do zniszczenia komunistycznej Rosji - już samo to, myśl o zniszczeniu komunizmu w 1942 wywołuje szok i daje do myślenia. Pomyślcie raz jeszcze: jak wyglądałaby Polska dziś gdyby nie było 60 lat komunizmu!!!!! Wiem, że to tylko "gdybowanie" i nie wszyscy to muszą lubić, ale pogimnastykować umysł nie zawadzi :)
A co do plamy na historii... czy ktoś dziś wypomina Niemcom nazizm? A jeśli tak, to czy przeszkadza to Niemcom być dziś potęgą gospodarczą? Czy młodzi Niemcy chodzą dziś po świecie ze smutkiem w oczach i bez cienia radości przepraszają wszystkich wokół? Nie??? A to niegodziwcy...

Wiele, wiele innych argumentów można użyć, ale zakończę jednym: co jest ważniejsze, przetrwanie narodu, przetrwanie jego inteligencji, życie milionów, tysiące miast i wsi, zachowanie gospodarki... czy też enigmatyczny "honor". Narody Europy, nasi tzw. "sojusznicy", którzy paktowali z łobuzem Stalinem bez zmrużenia powiek, nie kierowali się sentymentami, gdy "sprzedawali" nas Rosji na 60 lat... Są takie momenty w życiu i historii narodów, gdy liczy się PRZETRWANIE, a nie honor. I takim bym w moim mniemaniu rok 1939. Nasz ówczesny rząd wykazał się wtedy niezwykle krótkowzrocznym spojrzeniem, licząc na rzeczonych "sojuszników". A gdyby wybrał kompromis, cała nasza historia, cała historia Europy mogłaby wyglądać inaczej, a i my bylibyśmy w innym miejscu...

Tych, dla których moje dywagacja na w/w temat jawią się jako obrazoburcze, odsyłam do książki. Ma wiele cennych spostrzeżeń, uwag, jest napisana rzetelnie i przytacza wiele nieznanych faktów z czasów międzywojennych (dla wielu będzie zaskoczeniem jak Hitler mówił i jakie miał zdanie o Polsce przez cały okres 1934-1938, jak szanował i cenił np. Piłsudskiego, na którego honorowym pogrzebie w Berlinie siedział w pierwszym rzędzie...). Karmieni wieloletnia propaganda komunistyczną nie wiemy wielu rzeczy...). Książka pokazuje także Polskę z tamtych lat całkiem inaczej niż nam przez lata wmawiano...

Polecam w/w lekturę z całego serca... i zapraszam do polemiki :) 

piątek, 14 września 2012

rocznica 9/11 - moje refleksje...

Pamiętam wpadłem wtedy rano do domu na chwilę na "okienku" nauczycielskim, aby skonsultować coś z żoną. Był zwykły dzień i przypadkowo włączyliśmy TV... Na początku niedowierzanie, potem zgroza, potem pytania: "Czy to możliwe? Może to jakiś żart?" Patrzyliśmy na obrazy tej tragedii i nie mogliśmy uwierzyć w to co widzimy. Ludzie w oknach, niektórzy dramatycznie wołają o pomoc, grupy strażaków idących - jak się później okazało - na śmierć. Potem walące się wieże...Łzy same napływały do oczu w miarę jak horror narastał...
Najbardziej jednak wrył mi się w pamięć jeden obraz. Nie walące się wieże, nie twarze ludzi pokryte pyłem, nie ulice jak z wojennych zdjęć... Jest jeden obraz, moment uchwycony przez reporterów, scena z ulic, ale nie Nowego Yorku...
Nigdy nie zapomnę twarzy Palestyńczyków i Arabów tańczących na ulicach swoich miast, wykrzykujących w trumfie, pełnych radości, machających flagami, cieszących się z tej ludzkiej tragedii. Nie mogłem i nie mogę do dziś uwierzyć, że można mieć tyle nienawiści w sobie, aby cieszyć się z niewinnej śmierci setek ludzi, że można okazywać tą, TAKĄ radość bez skrępowania na ulicach...
Świat bardzo szybko zapomniał o tych scenach z arabskich miast. Czy to poprawność polityczna? A może coś więcej? Nie wiem.... Ale wiem jak wiele te sceny mówiły... Czy to był obraz "systemowej", prymitywnej nienawiści? A może należy wyciągnąć wnioski.
Dziś Ameryka jest wrogiem Arabów (na szczęście nie wszystkich), i nawet można to zrozumieć i jakoś uzasadnić - choć nie ma i nie może być zgody na mord w imię tej wrogości - ale kto, pytam głośno, KTO ZARĘCZY, że w miejscu Ameryki nie będzie jutro Szwecja, Polska, cały świat?
Czy to już zderzenie cywilizacji? Czy jest możliwe pokojowe współistnienie (jak pragną niektórzy poprawni politycznie politycy) islamu i zachodu, islamu i chrześcijaństwa? Przyjrzyjcie się tym wiwatującym twarzom po 11-tym września, a znajdziecie odpowiedź... Ta nienawiść ma przecież swoje źródło, a sięga ono daleko w głąb historii... także tej duchowej.
Wiem, wielu teraz chciałby przytaczać fakty o tym jak to "Ameryka jest pełna zła", "chroni swoje interesy na świecie" (to ciekawy argument, bo jakże to, miałaby ich nie chronić? Żarty panowie i panie...), "dopuszcza się zbrodni" itp itd. No dobrze. Ale przecież nawet hitlerowskim zbrodniarzom urządziliśmy sprawiedliwy proces, a czyżbyśmy chcieli usprawiedliwiać terror w imię "amerykańskich zbrodni"?
Wielu chciało by wierzyć, że istnieje islam pokojowy, umiarkowany i wyrzekający się zbrodni jako metody walki. Zgoda, istnieje zapewne i taki. Ale na ulicach i w sercach większości prostych Arabów rządzi ten wojowniczy, pełen radykalizmu i nienawiści do wszystkiego co inne... I to napawa mnie smutkiem.
Lecz gdzieś na dnie mojego serca pojawia się maleńka nadzieja: przecież synowie Ismaela też są dziećmi Abrahama i Bóg także ich kocha... Przecież nie pozwolił umrzeć Hagar... (patrz przypis 1)
Wierzę, że Bóg, ten który stworzył świat i wybrał dla siebie Izraela, posłał swojego Syna i wybrał w Nim nas wszystkich, jakżeby nie miał zlitować się nad "zagubionymi dziećmi pustyni..."
I to jest moją nadzieją. On jest moja nadzieją. On nad wszystkim czuwa i Jemu nic nie wymyka się spod kontroli. I On, Bóg Abrahama będzie nadzieją dla nas zawsze, nawet w samym środku "konfliktu cywilizacji"....
Pozdrawiam...

1. Z góry przepraszam za ten "skrót myślowy" (Hagar), oczywiście to pewna przenośnia na potrzeby tego felietonu...

czwartek, 23 sierpnia 2012

"KONTAKT" czyli autorska wizja końca świata...


Wyobraźmy sobie…

Niedaleka przyszłość. Jest spokojny wieczór niedzielny. I oto nagle, wszystkie światowe serwisy obiega szokująca informacja: nawiązano kontakt z inną cywilizacją! Gdzieś w północnym Meksyku wylądował statek kosmiczny obcych...

Wszystkie programy informacyjne, dyskusyjne, ba nawet informacje sportowe są natychmiast zdominowane przez TEN news. W ciągu kilku dni nikt o niczym innym nie rozmawia. Jednak nie jesteśmy sami we wszechświecie… Gazety, programy, rozmowy przy stole w rodzinach, w kawiarniach, na ulicach przepełnione są dyskusjami na TEN temat. Wszyscy chcą widzieć więcej: kiedy?  Jak? Od kiedy? Czego chcą? Jakie są ich zamiary? Jakie będą TEGO konsekwencje? Czy mamy się bać, czy wprost przeciwnie… tysiące pytań, na razie bez odpowiedzi…

Wyobraźmy sobie…

W telewizjach całego świata zaczynają się programy opisujące KONTAKT. Prezydent USA wraz z prezydentami innych największych krajów świata wydaje oświadczenie: „Zaobserwowano wielką grupę nieznanych obiektów między księżycem a ziemią”. Na całym świecie obserwowane są olbrzymie obiekty powoli przemieszczające się po niebie. Kilka incydentów wojskowych jasno wskazuje, że obcy unikają jakiejkolwiek konfrontacji. ONZ zbiera się na nadzwyczajnym posiedzeniu. NATO ogłasza najwyższy stopień gotowości bojowej. Światowi przywódcy religijni na razie milczą. Papież apeluje o rozwagę i spokój.
Tymczasem na ulicach wielkich miast zaczynają się niepokoje. Manifestacja goni manifestację. Niektóre są wyrazem strachu i niepewności, czasem agresji, inne są organizowane pod hasłem „Witamy braci w rozumie”.  Wszyscy jednak pytają „co dalej?”, „Czego oni chcą?”, „Czy są przyjaźni czy wrodzy?”.

Wyobraźmy sobie…

CNN wraz z grupą największych stacji na całym świecie nadaje otrzymane drogą radiową oświadczenie Obcych. Łagodny, ciepły głos mówi, że pragną przemówić do całego świata. Ich wysłannicy pojawią się za dwadzieścia dni licząc od teraz, w dowolnym miejscu wyznaczonym przez ludzi. Proszą o obecność wszystkich zainteresowanych telewizji i przedstawicieli wszystkich narodów…

Prezydenci i przywódcy G20 spotykają się na nadzwyczajnym spotkaniu. Zapraszają wszystkich członków ONZ do debaty, jednak za zamkniętymi drzwiami. Po kilku dniach wydaja oświadczenie: Zostało wyznaczone miejsce na pustyni …., w centralnej części kontynentu amerykańskiego, gdzie przy współpracy wszystkich narodów odbędzie się Pierwsze Spotkanie.

Wyobraźmy sobie…

Cały świat wstrzymuje oddech. Nikt nie mówi o niczym innym. Giełdy i rynki, decyzją ONZ i przywódców zostają zamrożone. W niektórych krajach wprowadzany jest stan wyjątkowy. Niepewność i strach mieszają się z oczekiwaniem i radością. Oto zbliża się Największy Dzień w historii ludzkości…

I przychodzi Dzień Zero, Godzina Zero. Nad zalaną słońcem pustynią obniża się olbrzymi obiekt. Okrągły dysk z mnóstwem wystających części, jakby anten, majestatycznie ląduje na przygotowanym lądowisku. Wibrujący, przejmujący dźwięk przenika wszystko wokół. Statek obcych jest olbrzymi, metalizujący, momentami jakby obracał się wokół własnej osi, aby za chwilę wyglądać jak nieruchoma bryła metalu. Otoczony jest blaskiem, światłem, którego źródła nie sposób określić. Wysięgniki wsporników z zaskakującą delikatnością dotykają gruntu, dźwięk zanika przechodząc w delikatny szum…

Wszystkie armie świata są w pogotowiu. Przywódcy czekają w bezpiecznej odległości, niepewni co się wydarzy. Po chwili dysk otwiera swoje wnętrze, opuszczoną rampą  wychodzą z niego powoli trzy humanoidalne istoty. Widzi to cały świat. Nikt nigdzie nie pracuje, nikt nie śpi, nikt nie myśli o niczym innym, świat jest teraz jedną wielką wioską, wszyscy są jedną rodziną, niektórzy mdleją, inni trzymają się za ręce, wszyscy wstrzymują oddech…

Rozpoczyna się spotkanie. Telewizje transmitują na cały świat obraz stojących naprzeciw siebie obcych i ludzi. Oni: wysocy, szare, pociągłe twarze. Duże, olbrzymie, skośne oczy bez źrenic, całe czarne, kilkakrotnie większe niż ludzkie. Szara cera, brak widocznego owłosienia, cztery długie palce u rąk i … to niesamowite spojrzenie, jakby przenikające wszystko, które zdaje się wszystko widzieć… Ubrani w szare jakby kombinezony bez żadnych widocznych części czy zapięć. Rozmowa bez słów. Telepatia? Na początku tak, lecz szybko okazuje się, że oni znają nasze wszystkie ludzkie języki – to pierwsze zdziwienie. Rozmowa toczy się kilka godzin, potem dni. Co dzień obcy wychodzą ze swojego statku, by pod wieczór do niego powrócić. Wszyscy czekają na konferencję przywódców z zapartym tchem…

Wyobraźmy sobie…

Jest  w końcu oświadczenie… Ogólnoświatowa konferencja z udziałem wszystkich narodów. Olbrzymia aula ONZ nie jest w stanie pomieścić wszystkich. Wielkie bilbordy ustawione w centrach wszystkich większych miast transmitują obraz. Jeden z obcych siedzi przy stole pomiędzy przywódcami i jakby się uśmiechał, choć trudno to wywnioskować z jego kamiennej twarzy… Na mównicę wchodzi nowo wybrany prezydent USA, obok niego stoją prezydent Rosji, prezydent Chin, premier Indii i premier Wielkiej Brytanii. Inni prezydenci i premierzy siedzą trochę z tyłu za długim stołem.

Prezydent USA zabiera głos: „W imieniu narodów ziemi ….” Padają doniosłe słowa powitania. Obcy wstaje i wykonuje gest… chyba odpowiedź na powitanie. Prezydent mówi dalej, a wszyscy czekają na wyjaśnienia.
 
„Oni byli tu zawsze. Tysiące lat temu zaingerowali w materiał genetyczny prymitywnej humanoidalnej rasy małp żyjących na ziemi. Od zawsze nas obserwowali. Wspierali nasz rozwój, kontaktowali się już wcześniej z cywilizacją sumeryjską, egipską, majów i wielu innych, którym pomogli wznieś się na wyższy poziom rozwoju. Próbowali czasem ingerować w nasz rozwój poprzez wielkie umysły takie jak Budda lub Jezus, który był ich szczególnym narzędziem mającym poprowadzić nas do samorozwoju moralnego i etycznego. Teraz doszli do wniosku, że czas na globalną ingerencję, czas aby ludzkość dokonała skoku cywilizacyjnego. Jako nasi Twórcy widzą, że stoimy jako ludzkość na krawędzi załamania, na krawędzi samozagłady. Poprzednie ingerencje nie przyniosły upragnionego rezultatu. Nasza, ludzka rasa jest nieprzewidywalna, ma tendencje samodestrukcyjne i potrzebuje pokierowania, aby dołączyć do grona oświeconych cywilizacji galaktyki… Czują się za nas odpowiedzialni i są gotowi poprowadzić nas odtąd… Mają rozwiązania dla światowej gospodarki, rozwiążą problem głodu, niesprawiedliwości, nauczą nas technologii, która otworzy nowe możliwości rozwoju, zlikwiduje nierówności. Wojna już nigdy nie będzie potrzebna…”

Wyobraźmy sobie…

Mijają dni, miesiące. Globalny entuzjazm przerasta wyobrażenie. „A więc poznaliśmy stwórcę!. To początek nowej Ery!”. Wiele grup religijnych, ogłasza, że zapowiadali właśnie taką przyszłość. Okazuje się że wielu miało parapsychologiczny kontakt z „nimi” już dawno. Ogrom niewytłumaczalnych dotąd zjawisk znajduje wyjaśnienie… Telepatia przestaje być zagadką…

Zaczyna się globalny proces wcielania w życie „ich” rozwiązań. Obcy zalewają wprost świat odpowiedziami na tysiące nurtujących ludzi dotąd pytań. Naukowcy są zachwyceni, wszystkie dziedziny nauki doświadczają niesamowitego skoku. Następuje przełom w fizyce, biologii, kosmologii, medycyna zyskuje nowy wymiar – wymiar parapsychologiczny. Archeolodzy otrzymują odpowiedzi na zadawane od lat pytania, wszystko układa się w logiczny ciąg zdarzeń ludzkiej historii… Nowe technologie zalewają kraje, miasta. Zostaje rozpowszechniona technologia taniej, prawie darmowej energii dla każdego, powstaje wodorowy silnik na… wodę, tworzona jest globalna komunikacja podświetlna, zaczyna się produkcja żywności na niespotykaną skalę, z niespotykaną wydajnością, międzygwiezdne loty kosmiczne stają się możliwe… Zasypywani jesteśmy rozwiązaniami w kwestiach dotąd niemożliwych do rozwiązania…

Zjednoczenie narodów, globalny zarząd, choć nie bez drobnych oporów, staje się faktem. Obcy oczekują tylko jednego: całkowitego podporządkowania dla dobra ludzkości, w imię przyszłości, dla naszych dzieci i przyszłych pokoleń… Wybierają swojego namiestnika spośród ludzi, który otrzymuje tytuł „Namiestnika Narodów”. „Wybrany” jest niezwykłym, wspaniałym człowiekiem, którego „wybranie” nie jest przypadkiem – genetycznie jest najbliżej wzoru genetycznego pozostawionego tysiące lat przez obcych… Świat się cieszy, radość globalna. 
Jednocześnie, dla „dobra nas wszystkich” i dla bezpieczeństwa ludzkości, dla zapobieżenia wojnom, przestępstwom, zbrodniom, tworzona jest globalna sieć „monitoringu” każdego obywatela globu i każdego miejsca. Każdy jest rejestrowany. Zamiast kart kredytowych i identyfikatorów, wprowadzony zostaje system indywidualnych czipów…

A jednak są tacy, którzy mają odmienne zdanie. Są tacy, którzy protestują, którzy widzą w tym procesie zniewolenie ludzkości, wstęp do ubezwłasnowolnienia, a nawet wielkie zwiedzenie… to konserwatywni chrześcijanie. Wprawdzie bardzo nieliczni… z nimi zawsze był problem… jak śmią! Przecież nareszcie jest pokój, porządek, prawo! Przecież wszystko już jest jasne i ta ich prymitywna wiara w przestarzałą biblię jest obrazą dla oświeconego umysłu! Jak można, po tym wszystkim jeszcze wierzyć w jakiegoś antychrysta, przecież Jezus był jednym z obcych….
Narasta wrogość wobec tych chrześcijan, którzy nie chcą się poddać globalnemu porządkowi. Wprowadzony zostaje globalny system kontroli, globalne prawo. Wywrotowcy, dysydenci zaczynają być prześladowani…

Powszechna kontrola staje się faktem. Nikt już nie jest wolny. Globalny Rząd wie wszystko, obserwuje wszystkich, monitoruje każdą aktywność biznesową, kulturalną, prywatną. Niektórzy zaczynają rozumieć, że  zostali oszukani, ale jest już za późno - globalne państwo policyjne jest już wszechmocne. Zaczynają się publiczne egzekucje tych, którzy "szkodzą dobru ogólnemu"...

Wyobraźmy sobie… 

czy na pewno to tylko fikcyjna wizja przyszłości? 

………. CDN? 

PS: Oczywiście proszę o potraktowanie tego tekstu z "przymrużeniem oka" :) Jest to wprawdzie jakaś autorska fikcja, która jednak zwraca nasza uwagę na coś, co może być ostrzeżeniem... 

czwartek, 9 sierpnia 2012

Słów kilka o umieraniu...


"Jeśli umarliśmy z Chrystusem, z Nim też żyć będziemy" Rz 6, 8

Gdy czytamy ten tekst, mamy pokusę by przejść obok nie bardzo zastanawiając się o czym jest tu mowa. Może dlatego, że zwrot "umarliśmy z Chrystusem" jest, lub może wydawać się bardzo... hm mistyczny, górnolotny, niezrozumiały. Czasem napotykam na takie wyjaśnienie, że to "przenośnia wyrażająca nasze utożsamienie się z Jego śmiercią"

Rozważałem ten fragment ostatnio i uderzyła mnie głębia i radykalność tego przekazu. Nie umniejszam symbolicznego, metaforycznego zrozumienia, ale myślę o zawartym tu przesłaniu tak bardzo praktycznym i bynajmniej nie "przenośnym".

Czyż jednak nie umieramy z Chrystusem? Czy nasze życie duchowe, nasze chrześcijańskie wzrastanie do dojrzałości jest ciągłym umieraniem dla siebie? Czy nie o to chodziło naszemu Panu gdy mówił "kto się zaprze samego siebie", "sprzedaj wszystko co masz i naśladuj mnie", "kto by chciał zachować życie swoje straci je"...?

Jak więc "umieramy" z Chrystusem? Jak w praktyce "umieramy"?

Zaiste umieramy dla świata codziennie, gdy przełamujemy opory i wstyd aby powiedzieć o Chrystusie innym.
Umieramy dla siebie gdy przebaczamy, choć nasze emocje tego nie chcą wcale...
Umieramy, gdy uczymy się pokory, a nasza natura z całych sił domaga sie naszej racji...
Umieramy gdy brak nam wiary i wbrew nadziei ufamy Panu...
Umieramy gdy ktoś nas źle potraktuje (także, a może przede wszystkim w Kościele) a tak chcielibyśmy by to środowisko było idealne...
Umieramy, gdy jesteśmy zmęczeni, przepracowani, a jednak idziemy na nabożeństwo...
Umieramy, cierpiąc (Fil 1,29), znosząc jedni drugich (Ef 4,2), ustępując sobie nawzajem...
Umieramy, tak jak Chrystus umarł za tych co go odrzucili, zhańbili, podeptali i wyszydzili...
Umieramy, ale tylko jeśli tego chcemy. To jest nasz wybór. To jest decyzja. To jest cena "mocy zmartwychwstania" (Fil 3,8-11 !!)i cena dojrzałości.

I nie jest to łatwe w świecie gdy nikt nie chce ani cierpieć, ani umierać. Gdy nikt nie chce "przegrywać", ani okazywać pokory, w świecie gdzie kult zwycięstwa został bogiem tego świata. A my "głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, dla żydów zgorszenie, a dla pogan głupstwo..." (1Kor 1, 23)

Czy chcesz umierać dla Chrystusa? Decyzja jest Twoja...  

pozdrawiam ciepło

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Richard Dawkins i jego rozważania o Bogu...

Przeczytałem w przedostatnim (30.07) "Newsweek'u" wywiad z ichnim (bo przecież nie naszym) nadwornym ateistą, panem Dawkinsem, w którym to wywiadzie czytam co następuje: "Boga nie ma. Boga wymyśliła religia... (...)  ...jeżeli traktuję naukę serio, to bycie osoba religijną jest wręcz niemożliwe... (...) ...religia zawsze pytała o to jak powstał świat, kto nas stworzył, nauka również zadaje te pytania. Różnica polega na tym, że nauka na nie odpowiada, w przeciwieństwie do religii..." koniec cytatu.
Odłożyłem gazetę, pomyślałem: "no, gościu, gratuluję pewności siebie".
I przyszły mi do głowy dwie refleksje.
Po pierwsze, primo:
- religia to nie to samo co wiara. Religia może być systemem, czasem nawet opresyjnym, broniącym swoich klerykalnych przywilejów, zbiorem ceremonii i praktyk wykonywanych bardziej serio lub mniej, z większym zaangażowaniem lub mniejszym. Natomiast wiara, zwłaszcza ta osobista, oparta na własnym, niepowtarzalnym, nieweryfikowalnym doświadczeniu, jest relacją z Tym, w którego wierzę.
I tu zgadzam się poniekąd z Panem Dawkinsem, że "religia" rozumiana jako system wniosła niewiele dobrego do historii jednostek i społeczeństw. Ale wiara w żywego Boga, który wpływa na ludzkie życie, wiara która ożywia, inspiruje, zmienia nasz charakter, pobudza do dobra i miłości - to coś zupełnie innego...
Po drugie, secundo:
- Trzeba doprawdy mieć mocny... hmmm... charakter i tupet by publicznie takie stwierdzenia ogłaszać. No bo pomyślmy: nie ma dowodów na istnienie Boga (innych niż osobiste doświadczenie, subiektywne wydarzenia), ale przecież nie ma dowodów na NIEISTNIENIE Boga! Jeśli nie ma dowodu, że czegoś nie ma - a zwłaszcza w tak ważnej dla tysięcy, milionów ludzi kwestii, bo nie mówimy tu o nieistnieniu krasnoludków... - to doprawdy, takie kategoryczne stwierdzenie jest zaiste odważne.
Oczywiście nie odbieram Panu Dawkinsowi prawa do własnych poglądów. Nie zgadzam się z nim, ale w imię wolności będę bronił jego prawa do ich głoszenia (chyba to nie pierwszy wymyśliłem ta maksymę...).
Myślę tylko i gdybym miał możliwość, powiedziałbym to rzeczonemu Panu w oczy, że chyba za daleko się posuwa w swoich wnioskach... do czego również mam prawo...
Pozdrawiam ciepło wszystkich czytelników. Po przerwie wracam do bardziej regularnego pisania... :)

PS: jak zauważycie, nastąpiła zmiana w sposobie umieszczania komentarzy. Teraz każdy kto ma stronę na facebook'u może komentować bez logowani się specjalnie tutaj :) Mam nadzieję, że to ułatwi komentarze...

wtorek, 24 lipca 2012

Niewiele jest rzeczy tak przemawiających jak autentyczna pasja dla Chrystusa... Forma jest mniej ważna, miłość do Jezusa jest najważniejsza i najcenniejsza... Posłuchajcie Michała, niech i do Was przemówi to przesłanie tak jak przemówiło do mnie...
Pozdrawiam ciepło


poniedziałek, 2 lipca 2012

Jezus mówi "musisz"...

Wyobraźmy sobie taką historię:
Przychodzi Jezus. Pojawia się na rynku Krakowskim i głosi: "Przybliżyło się Boże zbawienie, Bóg kocha człowieka, odwróćcie się od grzechu..." Zbiera się koło niego grupa słuchaczy. Jedni patrzą z uśmiechem politowania, inni czekają, bo może jakaś draka będzie... Pijak bełkotliwie woła z tłumu "ja też chce coś powiedzieć". Niektórzy słuchają zaciekawieni. Jezus modli się o kobietę, ta momentalnie czuje, że jej stan się radykalnie zmienił. Jakiś człowiek woła, że ten oto uzdrowił go z raka... Tłum faluje, napięcie rośnie. Straż miejska zaczyna interesować się zbiegowiskiem, zastanawiając się czy interweniować. Tłum szumi...
Wtedy padają słowa: "Musicie się na nowo narodzić, odwrócić się od grzechu: zdrady, rozwodów, seksu pozamałżeńskiego, aborcji, zemsty, pogardy, kłamstwa..." Zapada chwila konsternacji. A potem nagle z tłumu ktoś woła: "Musimy?! My nic nie musimy!". "Następny nawiedzony..." - krzyczy starszy pan w berecie - "pewnie zbiera datki". Jeden młody człowiek pyta Jezusa: "jak to narodzić na nowo, czyli co?". Jezus patrzy mu w oczy i mówi: "Idź, sprzedaj co masz, rozdaj ubogim, a potem przyjdź i pójdź za mną..." Młodzieńca zatkało. Brak mu słów. Odwraca się mrucząc: "Wariat, normalnie wariat, chce być biedny..." i odchodzi z nieciekawą miną.

Mijałyby dni, a On coraz bardziej by irytował ludzi na rynku krakowskim. W końcu Straż Miejska przegoniłaby Go z rynku, twierdząc, że "nie ma pozwolenia na publiczne działanie"... Może poszedłby do parku, może zatrzymałby się u kogoś, może...

Jak byłby dziś przyjęty Jezus? Pewnie tak samo jak i wtedy. Ciekawe jak dziś byśmy Go zabili... Jak dziś byśmy Go wyszydzili? Jakie komentarze byłyby na "facebook'u", jakie ośmieszające filmiki na "youtube"? Jak dzisiejsi wszystkowiedzący uczeni w Piśmie wdeptaliby Go w błoto? Jaką sensację wygrzebałaby i opublikowałaby prasa brukowa?
, Jaką intrygę byśmy uknuli by się Go pozbyć...Bo to, że by zginął, jak niewygodny wyrzut sumienia, jest pewne...

"Musicie się na nowo narodzić". Ciekawe słowa w dobie braku jakichkolwiek autorytetów, w dobie tysięcy zindywidualizowanych, zawłaszczonych "prawd". W czasach, gdy próbować kogoś przekonać, że coś musi, że coś powinien, graniczy z szaleństwem.
A jednak Pan Jezus mówi "musisz". Są rzeczy, które musimy. Inaczej nie możemy nawet "ujrzeć Królestwa Bożego" (Ewangelia Jana 3) Dlatego tak niewielu "widzi" Królestwo, tak wielu nie rozumie Królestwa i Jego wartości. Tak wielu narzeka na Kościół, na innych nie widząc "belki w swoim oku".
Mojżesz, Abraham, Dawid, Józef - wszyscy oni "musieli". Musieli przejść przez rzeczy, których nie chcieli. Musieli zostać "złamani" by ujrzeć Pana, by zobaczyć Jego Cel, by zrozumieć Jego Wartości.

Czy już wiesz, że "musisz"? A może ciągle uważasz, że jesteś Panam samego siebie, że nikt nie ma prawa Ci nic powiedzieć? Może ciągle masz "swoją sprywatyzowaną rację"? Jeśli tak, to będziesz musiał być "złamany" przez Pana, abyś mógł Go zobaczyć i zrozumieć Jego Plan dla Ciebie. Ktoś kiedyś powiedział, że Bogu mogą służyć prawdziwie tylko "złamani" ludzie, którzy już nie mają "własnej sprawiedliwości... ale tylko tę, która wywodzi się z wiary w Chrystusa..."
Czy już jesteś "złamany"? Czy jeszcze masz swoją pychę? Czy już wiesz, że aby zobaczyć Jego, "MUSISZ"...?
To co TY musisz, właśnie Ty, który to czytasz - sam odkryjesz, gdy pozwolisz Mu Cię złamać...
Pozdrawiam ciepło...