piątek, 4 stycznia 2013

When a Friend dies...


How do you feel, when someone dies? Very sad.

How can you possibly feel when it is your Friend that dies, with whom you’ve shared life, everyday unimportant matters and huge projects, with whom you consulted on future plans, dreamt up a vision of the future, planned actions, when You can’t bear it, but you have to carry on living. You cannot imagine the future, but the future comes, day upon day, and somehow, we get through...

People phone and ask, “How do you feel?” - the simplest of questions one can ask. I know, they ask because they care, but what can you say? Something else equally trivial? You just don’t want to say anything ...

Janek. My Friend and Confidant. My Partner in serving the church, my Reviewer and my Confessor.

He was a man with a heart for people. He was always ready to help others, ready to go and help even in the middle of the night. He had a huge heart and showed it to those in need. He helped in matters small and important, whether renovating and decorating or doing shopping, when someone needed a lift somewhere, or needed advice, encouragement, needed someone to notice their cares and respond to them ...

He was full of wisdom, and his advice to me - and I suspect to many - was priceless. I remember how we sometimes talked for a long time during our elders meetings, and then Janek would speak up and we all knew that there was nothing more to add: he spoke of that which was right, appropriate. He could sum up the discussion in a sentence, and when he spoke, we knew that was the truth, that that was what we should do ...

He also knew how to laugh and have a good time, and his sense of humour was almost legendary … His funny sayings will stay with me forever. (Two things I never say: the rosary and 'no' to an offer of cake).

His presence brought in an atmosphere of peace, reconciliation, accord. He was a wonderful church elder, the pastor’s right hand man, a support I could always count on. He was someone I could consult and an advisor capable of speaking a difficult truth in a manner that was full of love, a pastor who commanded trust, an unusual, never to be forgotten friend ...

Today we say goodbye with sadness, though really we do not say “goodbye”, but “see you later” …

See you one day, Janek. I know you’re now happy, that that which is evil here on earth is now behind you, and you’re having a laugh with the angels telling them all your jokes … I know, that if you could, You would be the one to comfort us today and you’d chastise us for being sad …

See you, Janek, see you one day, my best Friend …

środa, 2 stycznia 2013

Kiedy umiera przyjaciel...


Jak można się czuć gdy umiera człowiek? Źle.

Jak można się czuć, gdy umiera Przyjaciel, z którym dzieliliśmy życie, codzienne błahe sprawy, i wielkie projekty, z którym konsultowaliśmy plany, snuliśmy wizję przyszłości, planowaliśmy działania, z którym przegadaliśmy przy kawie tysiące godzin, z którym spędzaliśmy święta i… wyznawaliśmy sobie nasze grzechy…

Nie da się tego opisać, a trzeba jednak przeżyć. Nie da się tego znieść, ale trzeba żyć dalej. Nie da się wyobrazić przyszłości, ale przyszłość nadchodzi, nadchodzą kolejne dni, i jakoś przecież żyjemy…

Ludzie dzwonią i pytają: ”jak się czujesz” – najbanalniejsze pytanie jakie można zadać. Wiem, pytają z troski, ale cóż można powiedzieć? Kolejne banały? Nie chce się mówić nic…

Janek. Mój Przyjaciel i Powiernik. Mój Partner w służbie Kościołowi, mój Recenzent i mój Spowiednik.

Był człowiekiem serca. Był człowiekiem ku pomocy innym, gotowym pójść i pomagać nawet w środku nocy. Miał wielkie serce i okazywał je potrzebującym. Pomagał w małych i dużych sprawach, w remontach i zakupach, gdy trzeba było kogoś gdzieś zawieść lub przywieść, lub gdy trzeba było komuś doradzić, pocieszyć, dostrzec czyjąś troskę i odpowiedzieć na nią…

Był pełen mądrości, a jego rady były dla mnie - i jak mniemam dla wielu – bezcenne. Pamiętam jak czasem rozmawialiśmy długo o czymś na Radzie Kościoła, a potem  Janek zabierał głos i wszyscy wiedzieliśmy, że nie ma już nic do dodania: mówił o tym co prawe, godne. Potrafił podsumować w jednym zdaniu dyskusję, a gdy mówił, my wiedzieliśmy że taka jest prawda, że tak trzeba…
Umiał się też bawić i śmiać, a jego poczucie humoru było prawie legendarne… Jego powiedzenia („ciasta i różańca nie odmawiam…”) będą ze mną już na zawsze.

Zawsze wnosił sobą atmosferę pokoju, pojednania, zgody. Był wspaniałym Starszym Zboru, prawą ręką pastora, wsparciem, na które zawsze mogłem liczyć. Był konsultantem i doradcą mówiącym trudną prawdę w pełny miłości sposób, duszpasterzem wzbudzającym zaufanie, niezapomnianym, niezwykłym przyjacielem…

Dziś żegnamy go ze smutkiem, ale przecież nie mówimy „żegnaj”, ale jedynie „do widzenia”…

Do zobaczenia Janku. Wiem, że już jesteś szczęśliwy, że już to co złe tu na ziemi za Tobą, a Ty żartujesz sobie z aniołami opowiadając już im Twoje dowcipy… I wiem, że gdybyś mógł, to Ty byś nas dzisiaj pocieszał i strofował byśmy się nie zamartwiali…

Do zobaczenia Janku, do zobaczenia mój najlepszy Przyjacielu…

niedziela, 23 grudnia 2012

Kiedy myślę "Boże Narodzenie"...




Kiedy myślę o Świętach Bożego Narodzenia, myślę o tym w jak niesamowitych okolicznościach przyszedł na świat Boży Syn. A niesamowite są bo... takie zwykłe, proste, bez fajerwerków, bez "pompy", bez reklamy, bez rozgłosu. W nieznaczącej wsi, w zwykłej grocie, w czasie zwyczajnej nocy, pośród zwykłych pasterzy... I tylko wędrujący mędrcy ze wschodu wiedzieli, że oto coś niezwykłego się dzieje. 

Cały świat dziś tętni kolędami i wielką "atmosferą" świat... ale czy o to naprawdę chodzi w te święta?

Gdy myślę o Bożym Narodzeniu, myślę o tym, że bezbronne małe dziecko, narodzone w żłobie, miało za kilka lat odkupić nasze winy, ponieść krzyż, przynieść wolność, pokazać drogę do Ojca... Ileż pokory ma Bóg, jeśli potrafił tak przyjść na świat, ograniczyć się do niemowlęcia, stać się bezbronnym maleństwem zdanym na pomoc matki...

Gdy myślę o Bożym Narodzeniu, myślę o tysiącach ludzi, dla których te Święta oznaczają bieganinę, zakupy, prezenty, "atmosferę". I nic więcej. Może nawet pójdą na pasterkę, pójdą na nabożeństwo, może nawet zaśpiewają kolędę, a może nawet się pomodlą. A potem wrócą do tego samego życia, tych samych kłótni, tej samej nienawiści, tych samych małostkowych egoistycznych problemów, tego samego biadolenia, narzekania, tej samej nic nie znaczącej, bylejakości, rutyny i wegetacji życia.

Kiedy myślę Święta Bożego Narodzenia, myślę w jak wielu miejscach nie ma już Bożego Narodzenia a są tylko "holidays - święto". Jak wiele państw, miast, rodzin, społeczności, dla poprawności politycznej wyrugowało z świąt Boga. Ba, nie tylko z świąt - z całej przestrzeni publicznej! Ze szkół, z urzędów, ulic, domów, rodzin... A potem gdy przychodzi nieszczęście, jak w Newtown (miejsce gdzie niedawno w szkole szaleniec zastrzelił dzieci i nauczycieli), pytają jakby nigdy nic "gdzie był Bóg?" A ja pytam: "gdzie my jesteśmy gdy Bóg nas szuka?"

I w końcu - coby nie było dziś zbyt ponuro - gdy myślę Święta Bożego Narodzenia, myślę o wspaniałej okazji by być w rodzinie, by wspomnieć raz jeszcze Jego Narodzenie, by pomyśleć co to Narodzenie zmienia, co zmieniło w moim życiu (czy cokolwiek zmienia?). By zadumać się nad pokorą Chrystusa, by podziękować za ten najwspanialszy dar dany człowiekowi - za Mesjasza!
I aby także dzielić się z najbliższymi radością zbawienia, miłością Bożą, zasiąść przy wspólnym stole, przeczytać z Pisma fragment o Narodzeniu, zaśpiewać kolędę myśląc głęboko o śpiewanych słowach, podziękować Panu za mijający rok...

Bo Święta - jak powtarzam co roku - to Boży Pomysł, nie nasz!! To On nakazał Izraelowi świętować pewne dni w roku, aby pamiętali, aby nie zapomnieli, aby rozważali. Dlatego i my, gdy dziś zasiądziemy przy wigilijnym stole, aby świętować i wspominać Jego Przyjście, uciekajmy od rutyny, uciekajmy od martwej formy! Niechaj te Święta Bożego Narodzenia będą pełne prawdziwej radości - bo mamy z czego się radować! Jeśli tylko zechcemy pomyśleć... 

Czego sobie i Wam z serca życzę... :) 

piątek, 7 grudnia 2012

Ludzie, którzy mają zawsze rację...


Jest taki typ ludzi, którzy maja zawsze rację..., a jeśli jej nie mają to i tak mają i do grobowej deski, do końca świata, do śmierci będą się upierać i nie przyznają się do błędu…  Znacie takich? Któż ich nie zna… 

To ci co nie widzą, nie chcą widzieć swoich błędów, nie dostrzegają swoich wad i potknięć, a są jakże skorzy by widzieć problemy, potknięcia i błędy innych, a jeszcze bardziej skorzy by je wytykać w imię „racji i prawdy”!! I zawsze znajdą argument by podkreślić swoje racje i poniżyć oponenta…

To ci, którzy będą „szli w zaparte”, a jeśli nawet fakty - co nie daj Boże - mówią coś innego niż oni, tym gorzej dla faktów. I nie chcą liczyć się z cudzymi emocjami, cudzym bólem, cudzym przeżywaniem. Są bezwzględni w argumentacji, bezwzględni w słowach i nie stać ich na litość dla „pokonanych”, ani dla tych nad którymi mają przewagę…

Bo wszystko jest przecież dla nich kwestią interpretacji, sposobu analizy. A wreszcie jest jeszcze kwestia emocjonalnych argumentów w postaci „nie rozumiesz mnie”, „zawiodłeś mnie”, „nie chcesz zrozumieć”. Z emocjami jakże trudno dyskutować…

Często  obroną/atakiem takich typów, ich metodą, jest brutalny, bezpardonowy atak na przeciwnika. Uderzanie w te miejsca, które najbardziej bolą, są najbardziej emocjonalne. W polityce to obszary „zdrady narodowej”, „układów”, „niejasnych interesów”, wrednych insynuacji. W codziennym życiu to argumenty dotyczące osobistego życia, plotki, insynuacje dotyczące intencji, zamiarów bądź ukrytych planów (np. „bo Ty wiesz że mam rację tylko jesteś pyszny…”)

Ciężko się rozmawia z takim indywiduum. Nawet jeśli próbujemy wyszukać jakiś kompromis, dostajemy tylko jeszcze bardziej „po głowie”. Jeśli próbujemy być łagodni, stajemy się w ich oczach słabi i tym bardziej należy nam „dokopać”.

Nikt nie ma całkowitej racji, nikt nie ma monopolu na rację. Dziś jak nigdy dotąd potrzeba nam odwagi by słuchać innych i rozsądku by przedstawiać swoje racje tak, by nie ranić ani nie pognębiać oponentów. Potrzeba nam mądrości, by w dyskusji nie używać zbyt wielkich słów, które „niszczą” przeciwnika, ale pozostawiać mu pole do dyskusji, pole do zachowania godności. Jeśli użyjemy słów nieadekwatnych, zbyt brutalnych, zbyt agresywnych, zamykamy tym samym pole dyskusji, pozostawiamy w sercu oponenta żal, ból, poczucie niesprawiedliwości i tak naprawdę nie kończymy problemu, ale go rozjątrzamy. I nawet jeśli „dokopiemy” przeciwnikowi, wbijemy go w ziemię, to stworzymy sobie wroga, wybudujemy barierę, która latami może dzielić, powodować rozłamy, ranić i rozdzierać serce. 

Znamy takich ludzi w polityce, znamy w codziennym życiu. To ci co do swojej teorii zawsze dorobią fakty, a kulturę, wyważenie i rozsądek drugiej strony uznają za dowód swojej racji. To ci co głośno „krzyczą” w TV, wrzeszczą na demonstracjach i w domach, jakby chcieli głośnym, aroganckim i agresywnym krzykiem zaczarować rzeczywistość. I faktycznie czarują: na ulicy „rację” mają ci agresywni, krzykliwi, ci co mają bardziej brutalne - nie ważne jak głupie i irracjonalne - argumenty (im bardziej natarczywe, raniące i bezwzględna – tym lepiej). W pracy „rację” mają ci brutalni, w klasie „rację” mają krzykliwi, którzy często potrafią krzykiem i bezczelnością zdominować tą milczącą większość. Ileż to razy widziałem sytuacje, gdy po dyskusji w klasie, po decyzji, okazywało się, że tak naprawdę większość tej decyzji nie chciała, a na moje pytanie „czemu się nie odezwaliście?” słyszałem odpowiedź „nie wiemy”.

Tak samo jest z polityką: ci rozsądni, wyważeni, skłonni do rozwagi i kompromisu – z zasady siedzą w domu i nie wychodzą na ulicę (bo przecież są rozsądni), na której pełno frustratów! Kończy się tym, że władza boi się tych „tłumów”, bo stanowią siłę, a nie jest w stanie oprzeć się na większości, bo ta większość siedzi w domu i szuka rozsądnego kompromisu, albo nie chce mieć nic do czynienia z „tym oszołomstwem”. Efekt jest taki, że pozornie wydaje się, iż prawda jest taka jaką widzimy na ulicach: nic bardziej błędnego – to tylko pozór spowodowany milczeniem rozsądnych. Niestety…

A brutalizacja świata polityki przekłada się na brutalizację codzienności - w domu, w pracy, w szkole i na ulicy. Winię za to polityków! To oni odpowiadają za ten brutalny język, który doprowadzi kiedyś do zbrodni, już nie wydumanej... 

M. Luter King powiedział kiedyś, że najgorsze rzeczy na świecie dzieją się nie z winy ludzi złych, ale z powodu bierności ludzi dobrych…
Niestety ci „dobrzy” są często milczący, "rozsądni", nie wychodzą na ulicę i nie krzyczą… Czy to dobrze czy źle?

Myślę często, czy Piłsudski nie miał jednak racji kończąc zamachem stanu ten wariacki „polityczny chocholi taniec”, w okresie międzywojennym, który prowadził donikąd….

A tak wracając z wielkiej polityki na nasze codzienne podwórko: czy warto zawsze postawić na swoim? Czy warto mieć zawsze rację? A może warto tak jak Chrystus zwyciężyć przez krzyż i pokorę? A może warto posłuchać innych, wsłuchać się w argumenty i przynajmniej raz na jakiś czas powiedzieć: „pomyślę, zastanowię się, może w tym coś jest…”

Czego sobie i Wam z serca życzę… 

piątek, 23 listopada 2012

Scenki rodzajowe, czyli rozważania o mentalności...


Idę korytarzem szkolnym. Z boku, na ławce pod ścianą siedzi kilku uczniów niedbale spoglądając przed siebie. Przed nimi, na środku korytarza, jakiś metr od nich leży kolorowy papierek po czekoladzie. Podchodząc wolno, spoglądam na nich - jak mniemam - wymownie i mówię: „panowie, może się zlituje któryś i wyrzuci papierek do kosza”. Zdumienie w ich oczach miesza się z największą pogardą – oczywiście dla onego papierka. Żadnej reakcji na moją uwagę nie widzę, więc zatrzymuję się przed nimi. Jedyna reakcja to rechot. Zwracam się więc wprost do jednego z siedzących "macho" i proszę: „czy mógłbyś podnieś papierek i wrzucić do kosza?”. Wskazuję kosz, który w tym wypadku jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. Słyszę wzmagający się rechot pozostałych delikwentów, który chyba ma wyrażać szyderczą wyższość, że to nie oni zostali poproszeni o tak haniebną czynność… I wtedy słyszę coś co doprawdy nie wiem czy bardziej mnie zdumiewa, zaskakuje czy też irytuje: „Dlaczego ja? Ja tego nie rzuciłem!”. Rechot kolegów sięga zenitu. Myślę co zrobić: wykład w tych okolicznościach nic nie da. Reprymenda zrobi z niego męczennika, a szamotać się z nim przecież nie będę… Patrzę przez chwilę wymownie (mam nadzieję) na niego i mówię: „ja też tego nie rzuciłem, ale jednak podniosę i wyrzucę papierek, bo tak mnie wychowano”. Po czym podnoszę i wyrzucam do kosza kolorową przyczynę zajścia. W tym momencie rechot ucicha, panowie patrzą na mnie zdziwieni odprowadzając mnie wzrokiem… Czy coś ich to nauczyło? Chciałbym wierzyć…

Wychodzę z domu do pracy. Idąc chodnikiem zauważam jak ojciec z dzieckiem, zapewne na spacerze, szerokim łukiem omija leżącą bezczelnie na jego drodze pustą butelkę po jakimś wyskokowym napoju. W jego wzroku widzę zgrozę, gdy mówi „patrz pan jakie ludzie są chamy – rzucają butelki byle gdzie”. Odchodzi wolno ciągnąc dziecko za rączkę. Ostentacyjnie podnoszę butelkę i idę wyrzucić do kosza, choć muszę przejść kilkanaście metrów (o zgrozo!) w drugim kierunku. Staje zdumiony i widzę jak mruga oczami jakby chciał się przekonać, że to nie jest sen, że ktoś naprawdę podnosi „nie swoją brudną butelkę” i odnosi do kosza. Gdy wracam, jakby chciał coś powiedzieć, już otwiera usta, jednak nic nie mówi. Odchodzę z uśmiechem, zostawiając go z półotwartymi ustami. Co chce powiedzieć? Może chce wyrazić żal, że on wcześniej nie podniósł butelki, a może jest tak wielce zdziwiony że mi się chce podnosić i brudzić ręce, bo przecież „to nie ja rzuciłem” …

Te dwie historyjki (prawdziwe), do których podobne można mnożyć zmuszają mnie do refleksji: jacy jesteśmy? I choć są banalnymi przykładami mówią o nas samych więcej niż statystyki. Król Egoizm, Księżniczka Arogancja, panują. Wszechobecny Władca Strach o to co powiedzą ludzie, wszechobecne pragnienie aby się „nie zbłaźnić” (we własnym wyobrażeniu, choć często w kompletnie bezsensownej definicji „zbłaźnienia”), strach przed kompromitacją, nawet jeśli serce i rozum, mądrość i kultura podpowiadają, że to coś godnego, a z kompromitacją nie ma nic wspólnego - nic to, ważne że inni mogą wyśmiać, ważne co inni powiedzą… I nie ważne czy będą mieć rację - ważne abym się nie "wygłupił", nie "wychylił", nie odbiegł od "normy" (sic! I co to za "norma" co równa wszystkich do dołu)...

A z drugiej strony to nasze jakże Polskie „co mi tam inni”. Co mi tam jakieś powszechne dobro: kraju, miasta, wsi – za to się nie kupi chleba. Co mi tam papierek, co mi tam zaśmiecony chodnik: przecież nie mój!!! "Co mi tam wybory, mam to gdzieś", "co mi tam rząd i parlament, przecież to złodzieje..."
„Niech na całym świecie wojna, byle moja wieś spokojna…”, oraz „moja chata z kraja” stają się mottem naszej narodowej bylejakości. 

Problem polega tylko na tym, że jeśli papierek „nie ja rzuciłem”, jeśli „chodnik nie mój, nie moja butelka”, jeśli „niech tam wojna, bo nie moja wojna…”, to wcześniej czy później obudzimy się w zaśmieconym zagnojonym otoczeniu i „tamta” - choćby cudza wojna - nas i tak dosięgnie, jak dosięgła Brytyjczyków, którzy próbowali za wszelką cenę zagłaskać Hitlera z wiadomym skutkiem... A wtedy zdziwienie nasze będzie zaiste wielkie...

Czego sobie i Wam doprawdy nie życzę...

czwartek, 15 listopada 2012

Proroctwa, czyli co Bóg mówi do nas...


Oglądaliśmy ostatnio na grupie, wywiad z J.P. Jacksonem, używanym w służbie i uznanym w środowiskach chrześcijańskich prorokiem. Od razu uderzyło mnie jak wiele z jego wypowiedzi pokrywa się z proroctwami, które kiedyś wypowiadał pastor Dawid Wilkerson.

Gdy słuchałem jak mówił o tym co jego zdaniem nadchodzi na świat, na Polskę, uświadamiałem sobie, że to samo Bóg mówił wiele razy do mnie, do nas w Kościele. Pan przypomniał mi raz jeszcze sen, który dał mi kilka lat temu, a który w niesamowity sposób potwierdzał brat John. To niesamowite, że Bóg mówi te same rzeczy przez wiele lat do Kościoła. Te same rzeczy, sny, wizje pokazuje różnym ludziom, aby Kościół był ostrzeżony i aby mógł ostrzegać świat i mówić mu o Bożym ratunku, miłości i Bożych rozwiązaniach w dniach, które nadchodzą...

Dobrze jest słuchać, nastawiać uszy i serce, aby usłyszeć to, co Bóg chce nam dziś powiedzieć. Bóg nie zamilkł wiele lat temu. Bóg nie ignoruje Ciebie i mnie, nie ignoruje narodów i ludów. Chce mówić, chce ostrzegać, chce prowadzić. To my, zabiegani i zajęci ponad miarę nie mamy czasu, aby zatrzymać się i posłuchać!!

Co więc Bóg raz jeszcze mówi do nas, do Polski, do świata?

Przede wszystkim przypomina o Jego pragnieniu bycia blisko nas! (Jakże wiele razy to słyszeliśmy!) On wzywa nas DO SIEBIE, do bliskości, do intymności z Nim. Pragnie być blisko nas, słuchać nas i mówić do nas. Pragnie nas obdarowywać, wychowywać, objawiać swoją wolę, abyśmy byli zdolni być JEGO GŁOSEM w tym świecie. To jest właśnie prawdziwa „służba prorocza”: być głosem Pana dla innych…

Po drugie Pan ostrzega nas o rzeczach trudnych i ciężkich, które przychodzą na świat. Kataklizmy, kryzysy, problemy, to wszystko jest przed nami, to wszystko jest Bożym potrząsaniem świata, aby człowiek przypomniał sobie o tym co najważniejsze. Te rzeczy nie nadchodzą dlatego, że Bóg przestał nas kochać, ale dlatego, że człowiek, który odwraca się od Bożej ochrony, daje prawo diabłu by atakował...
Jednakże Bóg wyraźnie, przez wiele snów i proroctw mówi byśmy jako Kościół nie bali się! Nie musimy się bać jeśli tylko będziemy w JEGO WOLI! Bóg obiecuje, że tak jak świat będzie się pogrążał, odchodził coraz bardziej od prostych Pańskich dróg, pogrążał się w grzechu i doświadczał coraz gorszych rzeczy, tak w tym samym czasie Bóg będzie przywracał swoją moc i autorytet Kościołowi! Przed nami wspaniałe czasy Bożego nadprzyrodzonego działania, objawiania się Bożej potęgi w Kościele, pośród nas i wokół nas. Jeśli! JEŚLI tylko będziemy BLISKO NIEGO! Jeśli tylko nie damy się zwieść zniechęceniu, zabieganiu, nieprzebaczeniu, nie pozwolimy diabłu by nas skupił na wewnętrznych wzajemnych pretensjach i problemach. Jeśli tylko za wszelką cenę będziemy skoncentrowani NA NIM, nie na sobie…

W tym czasie złym dla świata, wspaniałym dla Kościoła, jest też miejsce dla Polski – i to jest moja osobista radość! Bóg ma dla nas, Polaków miejsce w swoim planie! Ma dla nas misję i cel! Możemy być mocnym narzędziem w Jego reku: tak wierzę i tak wyznaję! My, Polacy, naród buntowników i indywidualistów, naród geniuszy kreatywności (gdzie dwóch Polaków tam cztery poglądy), ludzi którzy „potrafią”, tam gdzie nikt inny nie potrafi, pełnych pasji wojowników uwielbienia, wizjonerów i bohaterów – może i będzie przez Boga użyty w Potężny sposób!

Obyśmy tylko nie ulegli diabelskiej wizji „rozdzielania włosa na czworo”. Obyśmy nie dali diabłu skupić nas na „pokarmie i odzieniu”. Obyśmy poddali nasz buntowniczy indywidualizm Bożej wizji jedności wspólnoty i posłuszeństwa przełożonym. Obyśmy nie dali się wciągnąć w diabelskie kłótnie o opinie, poglądy, sposoby działania, o ludzkie wymysły i formy. Obyśmy tylko byli Z NIM, DLA NIEGO, PRZEZ NIEGO, W NIM, skupieni na tym co Boże, nie na tym co ludzkie…

Wtedy prawdziwie zwyciężać będziemy i będziemy Jego Ręką i Jego Gosem w tym złym i przewrotnym świecie…

Szukajmy więc Pana, z całego serca i Jego Spraw,  dopóki można Go znaleźć !!

Czego sobie i Wam życzę z serca…

niedziela, 7 października 2012

Wrzesień 1939... obrazoburcze rozważania alternatywne

Kupiłem sobie niedawno książkę, która zafascynowała mnie tak bardzo, że nie mogę oderwać się od niej od kilku tygodni, myśląc i analizując wciąż na nowo zawarte w niej argumenty...

Ta książka, to "Pakt Ribbentrop - Beck" pana Piotra Zychowicza, traktująca o sytuacji Polski w ostatnich przedwojennych latach 1935-1939. O zgrozo (sic!), autor przekonuje nas, że naszym narodowym interesem, racją stanu i racją przetrwania narodu było... ułożenie się z Hitlerem i pójście z nim na Moskwę jako sojusznik, roztaczają przed nami hipotetyczną analizę takiego wariantu historii...
Jakkolwiek rozumiem, że w większości Polskich serc "krew się burzy" na myśl o w/w scenariuszu, pozwólcie, że przytoczę tylko kilka argumentów autora. Nadmieniam, że aby naprawdę polemizować w sposób rzetelny z w/w tezą, należy przeczytać rzeczoną książkę... do czego bardzo zachęcam wszystkich, którzy mają otwarty umysł, nie boją się wyzwań intelektualnych i kontrowersyjnych tez.

A więc po pierwsze
Wyobraźmy sobie, że podpisujemy pakt z Hitlerem w 1939 roku. Nie ma września, zniszczonych miast, mordowanych tysięcy polskich rodzin, nie ma holokaustu polskiej inteligencji, nie ma inwazji sowieckiej, nie ma Katynia, nie ma przetaczającej się przez nasz kraj jak walec, wyniszczającej naród nawałnicy nazistowskiej... Mamy za to kolejne dwa lata na modernizację armii (modernizacje rozpoczętą w 1937 roku przez rząd i mającą trwać 4 lata w założeniu), mamy szansę zniszczyć komunizm! (atak wojsk polskich i niemieckich nastąpiłby 200 km bliżej Moskwy, a przypominam, że wojska niemieckie zatrzymały się 17 km od Moskwy...). Wyobraźmy sobie, że idziemy z Niemcami na sowiety i w/g wszelkiego prawdopodobieństwa, udaje nam się pokonać Rosję Sowiecką... a po kilku latach (pewnie bliżej 1950), gdy alianci lądują w Normandii, zmieniamy sojusze i atakujemy Hitlera od wschodu...
Tyle krótkiego opisu i małej gimnastyki umysłowej typu "co by było gdyby"...

A teraz kilka kontr-argumentów, które mogą się pojawić:

1) Pakt z Hitlerem, tym zbrodniarzem?! Nigdy!
Po pierwsze, w 1939 roku Hitler jeszcze nie był zbrodniarzem. Podpisując z nim pakt, mielibyśmy wpływ na to co miałby mieć miejsce na ziemiach Polski - nie byłoby zapewne Oświęcimskiego obozu... A po drugie: dlaczego paktowanie z Hitlerem miałoby być większą zbrodnią niż paktowanie z jeszcze większym zbrodniarzem jakim bym Stalin? Innym państwom jakoś to nie przeszkadzało - podpisali pakt z Hitlerem (Rumunia, Węgry, Słowacja, Włochy) i jakoś dziś nikt im tego nie wypomina! A co z paktowaniem innych krajów (USA, Anglia..) ze Stalinem? Ze Stalinem to ok, a z Hitlerem to "be"? Coś mi to pachnie podwójną moralnością...
I w końcu, czy paktowanie z Hitlerem jest czymś gorszym niż zagłada narodu i oddanie go na 60 lat w niewolę? Śmiem wątpić...

2) Hitler by nas zniewolił i odebrał suwerenność...
A przepraszam, co się stało w wyniku naszego oporu? Czy nie utraciliśmy suwerenności? I to na o wiele, wiele gorszych warunkach niż Węgry czy Rumunia (które przecież zachowały względną swobodę mając pakt z Hitlerem)? I czy hekatomba narodowa, zniszczenie kraju, wymordowanie części narodu, której doświadczyliśmy była tego warta? Śmiem wątpić...

3) Ustąpilibyśmy ale utracilibyśmy honor... utracilibyśmy Gdańsk...
No tak, honor. Już pomijając fakt, że ani Francja ani Anglia nie kierowały się nigdy chyba honorem, tylko bezwzględną, zimną kalkulacją, jak pokazują niezliczone fakty. Na rękę im oczywiście było abyśmy to MY się bili, a oni w tym czasie będą przeczekiwać, aż Niemcy się wykrwawią. Oba kraje "sojusznicze" nie ruszyły palcem w naszej obronie w 1939 roku i zdradziły nas haniebnie po wojnie oddając w łapy łajdaka ze wschodu.
Honor. Nasz minister J. Beck tak pięknie mówił o honorze w maju 1939 roku. A ja bym chciał, aby stanął przed tymi milionami Polaków, milionami rodzin, które zginęły w wojnie, przed tysiącami, które przeżyły niewyobrażalny koszmar wojny, aby spojrzał na nasze zniszczone miasta, drogi, zniszczoną gospodarkę, zniszczenia kraju który został cofnięty w rozwoju o dziesięciolecia, a potem powtórzył patrząc nam Polakom w oczy: "tak to było warte waszej ofiary"...
A co do Gdańska: czy Państwo wiedzą, że 80% ludności Gdańska w 1939 roku była niemiecka, że Gdańsk był na wskroś niemiecki a naziści wygraliby w cuglach KAŻDE demokratyczne wybory?! Gdańsk był obszarem de facto nie należącym do Polski (stąd projekt "Gdynia" - wielki sukces Polski!!), tylko pod Polskim nadzorem, a więc walczyliśmy o coś co i tak nie było nasze!!! A każde demokratyczne referendum oddałoby Gdańsk Niemcom tak czy inaczej... Chyba że zbuntowalibyśmy się przeciw demokracji...

4) Bylibyśmy współwinni zbrodni, z plamą na historii kraju...
Niekoniecznie. Powtórzę: Węgry, Rumunia, już nie mówiąc o Włoszech, którzy poszli za Hitlerem maja się dziś lepiej niż my...  Zarówno Węgry jak i Rumunia zachowały dużą swobodę, względną niezależność (oczywiście dyktowano im wiele, ale miały swój rząd i np. nie wydawali obywateli pochodzenia żydowskiego Niemcom...)
I tylko pomyślcie: mogliśmy przyczynić się do zniszczenia komunistycznej Rosji - już samo to, myśl o zniszczeniu komunizmu w 1942 wywołuje szok i daje do myślenia. Pomyślcie raz jeszcze: jak wyglądałaby Polska dziś gdyby nie było 60 lat komunizmu!!!!! Wiem, że to tylko "gdybowanie" i nie wszyscy to muszą lubić, ale pogimnastykować umysł nie zawadzi :)
A co do plamy na historii... czy ktoś dziś wypomina Niemcom nazizm? A jeśli tak, to czy przeszkadza to Niemcom być dziś potęgą gospodarczą? Czy młodzi Niemcy chodzą dziś po świecie ze smutkiem w oczach i bez cienia radości przepraszają wszystkich wokół? Nie??? A to niegodziwcy...

Wiele, wiele innych argumentów można użyć, ale zakończę jednym: co jest ważniejsze, przetrwanie narodu, przetrwanie jego inteligencji, życie milionów, tysiące miast i wsi, zachowanie gospodarki... czy też enigmatyczny "honor". Narody Europy, nasi tzw. "sojusznicy", którzy paktowali z łobuzem Stalinem bez zmrużenia powiek, nie kierowali się sentymentami, gdy "sprzedawali" nas Rosji na 60 lat... Są takie momenty w życiu i historii narodów, gdy liczy się PRZETRWANIE, a nie honor. I takim bym w moim mniemaniu rok 1939. Nasz ówczesny rząd wykazał się wtedy niezwykle krótkowzrocznym spojrzeniem, licząc na rzeczonych "sojuszników". A gdyby wybrał kompromis, cała nasza historia, cała historia Europy mogłaby wyglądać inaczej, a i my bylibyśmy w innym miejscu...

Tych, dla których moje dywagacja na w/w temat jawią się jako obrazoburcze, odsyłam do książki. Ma wiele cennych spostrzeżeń, uwag, jest napisana rzetelnie i przytacza wiele nieznanych faktów z czasów międzywojennych (dla wielu będzie zaskoczeniem jak Hitler mówił i jakie miał zdanie o Polsce przez cały okres 1934-1938, jak szanował i cenił np. Piłsudskiego, na którego honorowym pogrzebie w Berlinie siedział w pierwszym rzędzie...). Karmieni wieloletnia propaganda komunistyczną nie wiemy wielu rzeczy...). Książka pokazuje także Polskę z tamtych lat całkiem inaczej niż nam przez lata wmawiano...

Polecam w/w lekturę z całego serca... i zapraszam do polemiki :)