środa, 21 marca 2012

Najtrudniej zmienić siebie...

Pewnego dnia skorpion poprosił żółwia, aby go przewiózł na drugą stronę rzeki. Zdziwiony żółw zapytał: „ho ho, nie ma mowy, przecież jak Cię wezmę na moją skorupę to zgodnie z Twoją naturą, użądlisz mnie w kark gdy będę płynąć!”. Skorpion na to: „drogi żółwiu, przecież obaj byśmy utonęli, a zależy mi na przeprawie przez rzekę”. Żółw pomyślał przez chwilę: „no tak, to przecież logiczne”, i zgodził się. „Wskakuj”- powiedział. Skorpion zadowolony wskoczył na żółwią skorupę i popłynęli. W pewnym momencie, ku przerażeniu żółwia, na samym środku rzeki,  skorpion użądlił go w kark. Obaj zaczęli tonąć w nurcie rzeki. Żółw zrozpaczonym głosem zwrócił się do skorpiona: „I cóż narobiłeś, teraz obaj zginiemy!”. Na co skorpion pokiwał smutno głową i rzekł: „natury się nie da oszukać…” (przypowieść chińska)

Jaki morał z tej historii. Ano taki, że najtrudniej jest zmienić swoją „starą” naturę. Człowiek próbuje, stara się zmienić, ale często wraca do tych samych problemów ze sobą, do tych samych dylematów, ma problem z tymi samymi myślami. Obserwuję czasami ludzi, którzy przychodzą do Boga, oddają Mu swoje życie, i myślą często, że teraz wszystko będzie idealnie. Niedługo potem, ku swojej rozpaczy konstatują, że problemy nie znikły. Ktoś, kto w starym życiu (w starej naturze) był arogantem, buntownikiem i pyszałkiem, albo niepoprawnym pesymistą, lub plotkarzem - zostaje nim dalej - potrzebuje poddać się całkowicie Bogu i pozwolić Jemu na rozpoczęcie procesu zmiany, często bolesnego! To długi i trudny proces, który oczywiście zaczyna się od samej świadomości, że potrzebuję się zmienić… Jeśli nie zdecyduje, aby poddać się Bogu, jeśli nie włoży w to wysiłku i pracy – często przez lata powtarza te same błędy, wraca do tych samych wątpliwości, doświadcza tych samych problemów – lub sam stanowi ciągle ten sam problem dla innych... (znam przynajmniej jednego takiego! A Wy?)

Wierzę głęboko, że Bóg chce i może nas zmieniać, ale niestety nie dzieje się to „automatem”, nie bez wysiłku, nie bez naszego samozaparcia, chęci i świadomości. Nie dzieje się to bez naszej pracy, starań, samodyscypliny i konsekwencji. 
Nawet  jeśli – na chwilę – pominąć Boga: jeśli człowiek chce np. rzucić palenie, to musi włożyć w to wiele wysiłku, samozaparcia, doświadczyć wiele  prób i niepowodzeń, nie poddać się i dążyć do sukcesu. Oczywiście są natychmiastowe uwolnienia – to jasne. Ale w większości wypadków, jeśli chcemy coś w sobie zmienić, potrzebujemy - owszem - Bożej pomocy, modlitwy, ale także wiele samozaparcia i konsekwencji.

Życzę Wam, drodzy, wiele sukcesów w zmianach, których pragniecie dla siebie samych, sukcesów w zmienianiu tego co pragniecie w sobie zmienić. Życzę Wam Bożej pomocy, bo bez Niego niewiele możemy sami, ale też życzę Wam wytrwałości, konsekwencji, nie zniechęcania się po porażkach i mądrości poznania tego CO potrzebuje w Was zmiany. Bo wielkim nieszczęściem jest nie wiedzieć, że potrzebujemy  coś w sobie zmienić. Jesteśmy wtedy problemem dla siebie i otoczenia, nie rozumiemy dlaczego nasze problemy nie znikają, dlaczego nie umiemy dać sobie z nimi rady, a sami, zadufani w sobie uważamy, że to wszyscy na około mają problem…
Życzę Wam zmian, których Bóg od Was oczekuje
Pozdrawiam ciepło…

PS: wszystkich obserwatorów oraz komentatorów przepraszam za włączenie funkcji moderowania postów (trzeba teraz poczekać na zatwierdzenie komentarza). Zrobiłem to z powodu powtarzających się komentarzy, które nie miały nic wspólnego z racjonalną dyskusją, a ich jedynym celem było dokuczenie mi, wyśmianie, wyszydzenie i poniżenie mojej osoby. Proszę o wyrozumiałość i nie zniechęcanie się tą niezbyt mam nadzieję uciążliwą procedurą J  

środa, 14 marca 2012

Referendum... hmmm

Obserwuje ostatnio dyskusje medialną na temat możliwego referendum, które odpowiedziałoby na retoryczne (sic!) pytanie "czy Polacy chcą pracować do 67 roku życia?". Sprawa oczywiście dotyczy reformy emerytalnej, która wzbudza tyle emocji i kontrowersji. Różne siły polityczne odwołują się często do woli społeczeństwa, która może być wyrażona w referendum.... hmmm
Pomyślałem sobie, jak "cudownym" przecież rozwiązaniem może być takie referendum. Przecież żyjemy w demokracji, czyli "rządów ludu", gdzie mądry naród może decydować w referendum o różnych sprawach. Można by rozciągnąć tą formę wypowiadania się społeczeństwa na różne inne sfery gospodarki i polityki. Skoro referendum to taki polityczny, społeczny, wspaniały "wytrych", to niech społeczeństwo decyduje nie tylko o długości lat pracy, ale na przykład, zadajmy temuż społeczeństwu - przecież mądremu i świadomemu - pytania zgoła inne:
"Czy chcesz płacić podatki?" - i już będziemy wiedzieć jasno czego społeczeństwo chce...
"Czy chcesz zarabiać 25 tyś miesięcznie?"
"Czy Polska ma być od morza do morza?"
"Czy powinniśmy wypowiedzieć wojnę Rosji?" i tak dalej i tak dalej.
A potem wystarczy, aby rząd, wybrany przez lud i dla ludu, podejmował podobające się społeczeństwu decyzje i będzie lux! Przecież "oni" rządzą dla nas...
Albo takie badanie opinii publicznej - jeśli ponad 50% społeczeństwa nie lubi czegoś/kogoś - wywalić, odwołać!! Nie robić reform, które się nie podobają! Nie podejmować decyzji, które są bolesne! Nie wymagać ubezpieczeń! Nie ściągać podatków! I będzie cud, miód i wszyscy zadowoleni...
A nasze wspaniałe i mądre społeczeństwo będzie szczęśliwe....
Aż pewnego dnia obudzimy się i okaże się, że "społeczeństwo" nie zawsze ma rację... i może to być bolesne przebudzenie :)
Pozdrawiam ciepło

czwartek, 8 marca 2012

Na "Dzień Kobiet"

Dzień kobiet... hmm można do tego podejść różnie:


a) filozoficznie ("kobieta - obiekt marzeń i synonim piękna..."), 
b) rewolucyjnie ("po co dzień kobiet! komunistyczne święto! Precz!"), 
c) feministycznie ("czy tylko raz w roku pamiętać należy, a co z resztą dni?") lub
d) racjonalnie ("jest taki dzień, warto pomyśleć, każdy pretekst jest dobry by docenić kobietę...") 


Ale cokolwiek by mówić, drogie Panie - zawdzięczamy Wam tak wiele! Ktoś kiedyś powiedział, że "za każdym sukcesem mężczyzny, kryje się kobieta..." i zaiste coś w tym jest. Wiem coś o tym...
Na pewno nie byłbym tym kim jestem gdyby nie moja żona, gdyby nie jej wsparcie, cierpliwość, gdyby nie jej codzienna krzątanina i troska, gdyby nie jej Boża intuicja... :) 
Na pewno nie byłbym tym kim jestem, gdyby nie dzieciństwo, które dzięki mojej mamie było takie beztroskie w niełatwych czasach i piękna, pozostawiając tyle dobrych wspomnień...
Ktoś inny kiedyś - żartem (Kwicoł lub Pyzdra - dla niewtajemniczonych młodych - serial "Janosik") powiedział: "z babą źli, a bez baby jescy gozy..." - cała prawda językiem prostym i dosadnym rzeczona :)

A więc, drogie Panie, żony, matki, narzeczone i siostry, dziękujemy Wam że jesteście przy nas! Jesteście obiektem naszych uniesień, przedmiotem naszych marzeń i jakże ważnym wsparciem na co dzień! Bez Was, byłoby tak smutno, nudno i szaro na tej ziemi :)
Dziękujemy Wam że jesteście, dziękujemy w ten Dzień Kobiet...



PS: Tworząc kobietę i mężczyznę, Bóg genialnie to zaprojektował, czyż nie? To iskrzenie, ta "chemia", ale też partnerstwo i wzajemne dopełnienie... GENIALNE! 

czwartek, 1 marca 2012

Gdy trzeba wybaczyć... czyli walka ze sobą

Zanim zacznę nowy wpis, chciałbym z serca podziękować Edycie, Magdzie K., Marcie, Herodotowi1 oraz Mateuszowi za Wasze posty na poprzednim moim felietonie. Byliście dla mnie zachętą i chcę byście wiedzieli jak ważne były dla mnie te wpisy. Nadały nowy sens temu co piszę... Dziękuję z serca.


Gdy myślimy o przebaczeniu…
Nie jest łatwo przebaczyć,  to jasne dla każdego, kto choć raz został skrzywdzony lub odrzucony. Nasza ludzka natura, „nasze” poczucie sprawiedliwości domaga się zemsty, rewanżu, odwetu i jest to potężna siła. Będąc jednak cywilizowanymi ludźmi staramy się – przynajmniej oficjalnie – nie mścić się. Będąc chrześcijanami, mamy wyraźny Boży nakaz wybaczenia w Biblii, który nie pozostawia nam wyboru: „ i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom…” mówi Modlitwa Pańska. Co więcej „jeśli nie odpuścicie z serca… nie odpuści wam i ojciec niebieski…”  Hmmm, to poważna sprawa. Oczywiście nie zmienia to faktu, że jest to trudne, że często wszystko w nas buntuje się przeciwko wybaczeniu, bo przecież nasze – choć subiektywne - poczucie sprawiedliwości domaga się odpłaty – „sprawiedliwej zemsty”.

Gdy myślę jak Pan Jezus, będąc dla nas ostatecznym wzorem i przykładem wybaczał, jak uczył aby wybaczać, zastanawiam się często, jak możemy nauczyć się wybaczać tak jak On… Czy potrafimy tak wybaczać?

Gdy ktoś mnie pyta ze łzami: „pastorze jak mam wybaczyć? Nie potrafię…” myślę sobie i pytam siebie, gdzie jest klucz do serca człowieka, klucz do przebaczenia (jak mówi Biblia „z serca wybacz”), klucz który pomoże wybaczyć…

Można by mówić dużo o tym jak tragicznie kończy się nieprzebaczenie... O  konsekwencjach nieprzebaczenia mówi nawet psychologia - gdy nie umiemy wybaczyć, gdy dusimy w sobie gniew, gdy nas to ogranicza, wiąże, zabija naszą wolność, niszczy wnętrze, doprowadza do obsesji… Można przeczytać w literaturze  o tym jak nieprzebaczenie doprowadza do ślepej furii, obsesji, która w konsekwencji niszczy przede wszystkim ogarniętego obsesją, niszczy wszystko wokół, także rodzinę i bliskich tej osoby, doprowadzając nierzadko do tragedii…

Można by dużo myśleć, dywagować i zastanawiać się jak to możliwe, by np. ofiary Oświęcimia mogły przebaczyć swoim oprawcom i czy w ogóle jest to możliwe… (I nie mówię tu o zaprzestaniu dochodzenia do słusznej kary, którą prawo wymierzyło tym oprawcom, lub prawa do obrony dobrego imienia w sądzie)
Ale dla mnie, tym co najbardziej mi pomaga wybaczyć jest myśl i świadomość,  że Bóg… kocha mojego prześladowcę tak samo jak mnie J Że On, nie ma „wybranych dzieci”, ale wszystkich kocha tak samo (choć Biblia używa słowa „wybrani” ale nie jest to w tym momencie przedmiotem rozważania). Więc, ten który mnie skrzywdził, jest kochany przez Boga tak jak i ja jestem kochany, Bóg chce dać mu szansę, Bóg patrzy na niego jak na swoje zabłąkane dziecko i szuka go, pragnie jego zmiany, nawrócenia.  Wtedy często przez wiarę mówię „wybaczam”. Decyduję wybaczyć i proszę w modlitwie o Bożą pomoc…

To trochę jak ojciec, który ma dwoje dzieci – jedno „dobre i posłuszne”, drugie „złe i nieposłuszne” (patrz Przypowieść o Synu Marnotrawnym). I choć ten zły odrzuca ojca, odchodzi, roztrwania majątek, to jednak Ojciec wypatruje go, oczekuje, a gdy tenże wraca – wybacza mu. I czyż nie jest trudno zrozumieć nam tego „dobrego syna”, który nagle czuje się odrzucony? Bo przecież jego natura domaga się kary dla marnotrawnego, a nie nagrody!! A tu zamiast kary widzi przebaczenie i jakby „nagrodę”!

Jakże prawdziwe są słowa z księgi Izajasza: „moje drogi to nie drogi Wasze, moje myśli to nie myśli Wasze”. Jakże trudno nam zrozumieć czasem Bożą sprawiedliwość…

Więc gdy Ci trudno wybaczyć, gdy Twoja natura domaga się rewanżu, pomyśl jak Bóg patrzy na tego, który Cię skrzywdził i spróbuj dać mu szansę… aż do 77 razy J

Taaak. Przebaczenie nie jest łatwą sprawą, wiem coś o tym … Ale jest konieczne, choćby dla własnego zdrowia psychicznego J Bo jeśli nie wybaczysz, to nieprzebaczenie zniszczy przede wszystkim Ciebie. Bóg – ten najmądrzejszy psycholog na świecie – wie o tym i dlatego mówi nam ciągle: „przebacz”…

Należy tu jednak wspomnieć, że przebaczyć nie znaczy zapomnieć i wymazać z pamięci – często dla człowieka to nie jest możliwe. Ale wybaczyć – jak sądzę i jak radzę - to znaczy nie złorzeczyć, nie krzywdzić, nie mścić się samemu, nie mówić o kimś źle i nie wyciągać konsekwencji…  Ale świadomie podjąć decyzję, w modlitwie mówiąc: „Przebaczam, i proszę Boga o wybaczenie. Przebaczam i proszę Boga o siłę…” Choć oczywiście zachowuję ostrożność w powtórnym zaufaniu i moją opinię na czyjś temat określam jednoznacznie...

A jak już emocje nam nie pozwalają przebaczyć, (bo oczywiście walka ze swoimi emocjami jest często z góry przegrana), to – jeszcze raz podkreślę - proś Boga o pomoc. Gdy mi jest ciężko wybaczyć, to podchodzę do zagadnienia metodycznie: wiem, że Bóg tego ode mnie oczekuje, więc podejmuję decyzję, że chcę wybaczyć i proszę Pana Boga by pomógł mi wygasić moje emocje. Liczę wtedy, że czas wyleczy ranę, że Pan z czasem pomoże mi nabrać dystansu i uciszyć burzę w moim sercu…

Czego sobie i Wam drodzy Czytelnicy mojego bloga z serca życzę J

piątek, 24 lutego 2012

Bóg nas kocha - banał czy głębia??

"Albowiem tak Bóg umiłował świat..." Jan 3,16
Bóg nas kocha. Jakże banalnie to brzmi w dzisiejszych czasach, pełnych wyśmiewania miłości, pełnych "banalizacji"* prawdy, pełnych szyderstwa, pełnych agresji, pełnych egoizmu, buntu i braku szacunku dla czegokolwiek i kogokolwiek...
A jednak pośród tego zgiełku i krzyku świata, który odrzuca Boga, odrzuca Jego Prawo, odrzuca Jego miłość, ciągle wybrzmiewa w świat ta stara, jakże piękna Prawda - Bóg kocha Ciebie i mnie. Bo Bóg nie męczy się, nie ustaje w miłości! Bo bóg cierpliwy jest i dobry! Bo Bóg wciąż czeka na tych, którzy zechcą tak po prostu odpowiedzieć na Jego miłość...
Wyobraźcie sobie, On wszechmocny Bóg, który nie potrzebuje niczego, który jest samowystarczalny, zniża się do tej słabej istoty jaką jest człowiek i prosi o miłość... Tak, Bóg nie żąda, nie domaga się, nie krzyczy, lecz pochyla sie nad nami i jakby chciał powiedzieć: "Zrobiłem wszystko co mogłem by okazać Ci moją miłość, a teraz proszę, zatrzymaj się na chwilę, popatrz na mój krzyż, zechciej zauważyć i odwzajemnić moją miłość..."
Każdy kto kochał wie jak przykrą rzeczą jest nieodwzajemniona miłość. Chłopak kochający, który widzi jak dziewczyna wyszydza Jego miłość, cierpi. Dziewczyna, która czeka na jego jeden gest, a otrzymuje obojętność, jest gotowa do szalonych czynów w imię tragicznej miłości. Napisano o tym wiele poematów, tysiące książek, nakręcono setki filmów. Jakżesz musi "czuć" się Bóg, pełen miłości do nas, którego odrzucamy, nie chcemy, lekceważymy, a oczekuje tylko naszego serca...
Dziś czytałem rano Ewangelię Jana, 3-ci rozdział, i stało się coś dziwnego. Czytając po raz chyba tysięczny słowa "albowiem tak Bóg umiłował świat, że syna swojego jednorodzonego dał, aby każdy kto w Niego uwierzy nie zginął...", coś nagle poruszyło moje serce i wzruszenie sprawiło, że nie mogłem powiedzieć słowa. Były łzy... Tyle razy to czytałem, słyszałem, a jednak ta prawda na nowo przemówiła do mojego serca. Pomyślałem, "Boże, jakże wiele cierpliwości masz dla człowieka, jakże musisz czuć się dziś odrzucony i niechciany przez ludzkość, którą w swej miłości stworzyłeś i dla której oddałeś swojego Syna, dla której stworzyłaś świat i jego piękno, dla której jesteś wciąż tak wyrozumiały! Dla ludzkości, która dziś depta Twoje zasady, wyszydza Twoje Prawa, zachwyca się sobą, chełpi się wiedzą i odrzuca Ciebie..."
Bóg nas kocha. To krótkie zdanie zmienia wszystko. Bezinteresowne miłość Boga do człowieka zmienia perspektywę. Zmienia moje spojrzenie na codzienność, zmienia moje priorytety, zmienia moje pragnienia i moje nadzieje - oto jest ktoś kto kocha mnie jak nikt, rozumie jak nikt, jest cierpliwy jak nikt, jest gotów pomóc i wspierać jak nikt i oczekuje tylko jednego w zamian - mojej miłości.
Więc dziś, drogi przyjacielu, usiądź wygodnie w fotelu, zamknij oczy, wycisz swoje rozbiegane myśli, na chwile oderwij się od problemów, krzyków tego świata, i jako istota stworzona do życia wiecznego zadumaj się - pomyśl: czy Ty odpowiesz na Bożą miłość?
Czego sobie i Wam z serca życzę...


* banalizacja - czynienie czegoś banalnym - takie moje słowotwórstwo :)

niedziela, 12 lutego 2012

Wartości i uczciwość ratunkiem dla polityki i ekonomii?

Właśnie skończyłem czytać niezwykły artykuł o człowieku, który po 20 latach sukcesów w biznesie dochodzi do wniosku, że podstawą sukcesu w biznesie jest… fundament wartości!

Ale po kolei. Sławomir Lachowski, bankowiec i finansista, rozpoczynał swoja przygodę w biznesie od zbierania jagód w lesie (sic!) kiedy był dzieckiem. Jak sam mówi, „jego droga do wartości rozpoczęła się w domu rodzinnym od bezwzględnego poszanowania wartości”. Dziś, po latach sukcesów w biznesie napisał książkę, której podaje prosta receptę na światowy kryzys: powrót do uczciwości i wartości. „Dopóki biznes nie zrozumie, że w firmie powinny obowiązywać standardy uczciwości, a ludzie to nie narzędzia, ale podmioty – nic się nie zmieni”

Gordon Gekko nie miał racji gdy twierdził „greed is good - chciwość jest dobra”. To hasło, modne kiedyś pośród finansistów amerykańskich zdewaluowało się dzis do cna. Teraz jasno widzimy, że rządza pieniądza, rządza coraz większych zysków za wszelką cenę, z równoczesnym deptaniem wartości, która doprowadziła do kryzysu Wall Street, to – jak śpiewał Chris Rea o współczesnym świecie – „this ain’t no technological break down, oh no, this is the Road to hell - to nie jest technologiczny przełom, to droga do piekła”.

Pomyślałem – jaka to prosta prawda, a jakże niezauważana: uczciwość. Bo przecież nie jest tylko ważne tak do końca jaka ustawa (oczywiście na potrzeby bloga upraszczam), jaki rząd, jakie reformy, jaka wizja i jakie decyzje – każda ustawa (lepsza czy gorsza) ma zwolenników i przeciwników, każde reformy naruszają czyjeś interesy, każda wizja/projekt/propozycja jest podzielana tylko przez część ludzi, każda decyzja ma zwolenników i przeciwników. Czyż nie ważniejsze jest, aby ci co te decyzje podejmują byli przynajmniej uczciwi? Czy nie ważniejsze są wartości na których budujemy od tego co budujemy? Jeśli uczciwy człowiek się pomyli, coś spapra, to przynajmniej honorowo poda się do dymisji, przyzna do błędu, powie: "wierzyłem w to z całych sił, ale się pomyliłem". Nieuczciwy arogant będzie szedł do końca "w zaparte" i jeśli nawet przedsięwzięcie okaże się klęską - tym gorzej dla przedsięwzięcia... :)

Oczywiście rozumiem, że to co piszę to duże uproszczenie. Jest bezwzględnie TAKŻE ważne CO budujemy, jaką ustawę promujemy, jak ją konsultujemy, czy oceniamy ją dobrze czy nie. Jest także ważne jaki mamy rząd – nie chcę niczego sprowadzać do naiwnych kryteriów pobożnych życzeń. I jest oczywiście ważne czy reformy idą w dobrym kierunku. Rozumiem też, że „dobrymi chęciami” jest wybrukowane piekło, jak mądrze mawiała moje mama… Myślę tylko o fundamencie uczciwości i właściwych motywacji, który może być ratunkiem także dla biznesu.

Dlaczego? To proste. Człowiek uczciwy, kierujący się wartościami będzie starał się nie zwalniać człowieka tylko dlatego, że go nie lubi… Uczciwy szef doceni uwagi, choć są trudne do przyjęcia… Uczciwy minister będzie starał się o dobro resortu, a nie rozglądał się jak się dorobić… Uczciwy finansista nie zniszczy firmy tylko dla zysku, wyrzucając na bruk setki ludzi… itp. Itd. Przykłady można mnożyć… Zwłaszcza tam gdzie chodzi o wielkie interesy i grupy interesów

Wierzę, że ratunkiem dla polityki, upadku moralności, finansów – także publicznych - oprócz oczywiście mądrych i zdrowych rozwiązań, jest powrót do Ewangelicznych Wartości! Bo nawet najlepsze rozwiązania wprowadzane przez nieuczciwych, rządnych władzy czy profitów ludzi, skończą się klęską, aferą, nepotyzmem itp itd. A nawet te nienajlepsze rozwiązania, ale wprowadzane uczciwie mogą przynieś w perspektywie czasu dobre owoce.
Pozdrawiam

PS: oczywiście podkraślam, że poruszam jedną stronę wielowarstwowego zagadnienia ( jak zawsze zaznaczam, że wszystkiego nie da się poruszyć w jednym wpisie, więc często używam uproszczeń ) i zdaję sobie sprawę, że uczciwi też mogę spaprać sprawę… Niemniej jeśli miałbym do wyboru uczciwego głupca lub nieuczciwego mędrca, to wolę zaiste tego pierwszego… 

środa, 8 lutego 2012

ACTA (jeszcze raz…) czyli walka o… pornole?

Tytuł Zabrzmiał strasznie prawda? Więc już wyjaśniam…

Przyglądałem się intensywnie ostatnio dyskusjom, debatom i wymianom opinii na temat ACTA, próbowałem przegryźć się także przez samą ustawę (oj ciężka sprawa).

Po moim ostatnim wpisie, po którym Michał i Edyta słusznie zwrócili mi uwagę na „drugą stronę” problemu, próbowałem przyjrzeć się jeszcze raz sprawie i zobaczyć co w trawie piszczy i narzuca mi się kilka wniosków .
Zaznaczam też raz jeszcze, że podejmuję tylko jeden aspekt tematu …

Po pierwsze większość ludzi w Internecie, którzy bronią ACTA (oczywiście nie wszyscy - to jasne!) jasno twierdzi, że obawia się o ukrócenie możliwości nieskrępowanego ściągania za darmo z sieci wszystkiego. Całe pokolenie wychowane na „darmowym ściąganiu” jest przerażone – mówię o moich wrażeniach, subiektywnych – że nagle ktoś im tego zabroni.

Pytam młodego człowieka na forum czemu ściąga muzykę i… nie mówi mi że dlatego, że płyty są drogie! Oto twierdzi, że „tak jest zabawniej”. Pytam go czemu nie wykupi sobie abonamentu na stronie „Sony” lub „Emi” gdzie za 11 zł można dowolną muzykę ściągać legalnie i pytam czy nie gryzie go sumienie. Odpowiada – cytuję: „Nawet jeśli stać mnie na 11 zł to tak jest zabawniej. I nie pieprz mi dziadu o sumieniu, co to w ogóle takiego?” Pozostawię to bez komentarza.
Mam wrażenie, że większość ludzi nie protestuje przeciwko „inwigilacji”, ale boi się o swój tyłek, gdyż 90 procent rzeczy w ich komputerach to „kradziony towar”. Że jest drogo? Oczywiście, ale czy można kraść samochód usprawiedliwiając to tym, że jest drogo i nie stać mnie by kupić?! Bez samochodu można żyć. Bez muzyki kradzionej też…

Zobaczyłem też w internecie następujące transparenty protestujących: „Donald matole, skąd będziesz ściągał pornole?” oraz „Stocznie nam zabraliście, pornoli nie oddamy”. Zmroziło mnie, przyznaję. O co tu chodzi? Pomyślałem – czy za tą gadaniną o wolności i demokracji nie kryje się przypadkiem zwykła obawa o utratę dostępu do…??? Czy zastanawiamy się nad tym, że pornografia to potężna część Internetu, w większości nielegalna? Czy nie należałoby tego przynajmniej kontrolować? Już nie chce wchodzić w dyskusję jak zgubny wpływ ma pornografia na młodych ludzi, niszczy ich psychikę i deprawuje charakter (nie wspominając o grzechu), a przecież jest na wyciągnięcie ręki dla każdego kto ma komputer. I tu będę za całkowita kontrolą Internetu w tej dziedzinie!!! Wręcz za zakazem pornografii! (ale o tym w innym wpisie…)

Inny przykład:  młody człowiek chwalący się w Internecie, że włamanie na stronę „Wprost” zajmuje mu 2 minuty. Ktoś go pyta czy nie stać go na 5 złotych (sam się przedstawia jako menager dużej firmy)? Odpowiada stekiem wyzwisk.

Oczywiście to tylko ciągle JEDNA STRONA PROBLEMU, ale ta akurat jest mi bliska. Do tego – naiwnego pewnie –stopnia, ż wykasowałem kilka książek, które przyjaciel mi ściągnął z Internetu i postanowiłem je kupić w empiku… głupio, czyż nie? Ktoś powie: nie stać mnie. Powiem: nie kupuj, od tego się nie umiera!. Albo pożycz… to też opcja, tylko kosztuje odrobinę wysiłku, starania, który w erze totalnego konsumpcjonizmu i erze lenistwa „się nie opłaca ziom…”

Oczywiście jest cała masa argumentów dotyczących ewentualnych możliwości inwigilacji, totalnej kontroli itp. Itd. Tych, którym to leży na sercu uspokajam, że rozumiem, tylko zajmuję się innym aspektem, trochę nawet w oderwaniu od ACTA, bo to trochę inny problem i szerszy…  I doceniam tych co chcą uczciwie o wolność walczyć. Niestety moje wrażenie jest takie, że większość protestujących nie koniecznie walczy o słuszną wolność…

Wiem, że zajmuję się jednym tylko aspektem sprawy, ale myślę, że potrzebujemy uregulowań w tej dziedzinie, tak aby praca tych, którzy tworzą – jak mawia Z. Hojdys (świetny artykuł w Newsweek 5/2012!)– nie mogła być kradziona. Aby uczciwość nie była cnotą, która nie dotyczy Internetu…
Powtarzam, nie przeczę, że niebezpieczeństwo, że kontrola, że totalitaryzm – prawda. Zaznaczam tylko ten „podskórny” aspekt, to co pod powierzchnią tej góry lodowej, to o czym wielu nie myśli, lub nie chce przyznać.
Pozdrawiam ... :) 

PS: Wiem, że może trochę „przynudzam” z tym tematem ale jest jakże aktualny i dotyka mnie do żywego, więc…